To nie zaczyna się w dniu biegu...
Pomaganie przy Race for the Cure Gdańsk to dla mnie i dla całego naszego zespołu ogromna satysfakcja.
Każdy ma swój powód.
Czasem jest to coś bardzo osobistego – choroba najbliższej osoby, doświadczenia kogoś z rodziny, przyjaciela czy znajomego. Czasem po prostu zwykła, szczera potrzeba pomagania, bo tak czujemy.
I właśnie chyba o to w tym wszystkim chodzi.
Ale nasze pomaganie nie trwa jednak kilku dni.
To, że staramy się pomagać jako MediaMarkt już trzeci rok z rzędu, to jedno. Ale każda edycja Race for the Cure to tak naprawdę miesiące przygotowań. I o tych przygotowaniach można byłoby napisać książkę. Całkiem grubą książkę. 😉
Staramy się oczywiście czasami coś „wrzucić” na nasze sociale czy bloga, ale prawda jest taka, że najczęściej dzieje się tyle rzeczy, że trudno zdecydować, co dzisiaj pokazać i o czym dzisiaj napisać.
Bo przecież każdy wpis ma swoje ograniczenia. Tyle znaków i ani jednego więcej.
Więc piszemy, że mamy już nagrody. Że uruchomiliśmy to czy tamto. Że dostaliśmy odpowiedź od kolejnej firmy. Że coś zostało załatwione, potwierdzone albo właśnie ruszyło.
Opisujemy fakty.
A przecież pomiędzy tymi faktami jest cała masa rzeczy, których nie widać.
Są emocje. Są nowe relacje. Są rozmowy z ludźmi, których wcześniej nie znaliśmy. Są oczekiwania, nadzieje i momenty niepewności. Jest ekscytacja, kiedy kolejna rzecz zaczyna się układać, ale jest też stres, kiedy coś nie idzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy.
Bo co będzie, jeśli coś nie wyjdzie?
Co, jeśli coś nie dojedzie?
Co, jeśli zabraknie czasu?
Co, jeśli zapomnieliśmy o czymś ważnym?
A potem oczywiście robimy kolejną listę. 😉
To są dziesiątki telefonów. Kolejne dziesiątki wysłanych maili. Spotkania, rozmowy, ustalenia, poprawki, kolejne pomysły i pytania.
Co jeszcze możemy zrobić, żeby było lepiej?
Jak jeszcze możemy uatrakcyjnić wydarzenie?
Co możemy przygotować dla uczestników?
Czy o czymś nie zapomnieliśmy?
I kiedy wydaje nam się, że wszystko jest już dopięte… pojawia się kolejny pomysł.
„A może jeszcze zrobimy…”
No i zaczynamy od nowa. 😄
To wszystko jest trochę jak przygotowanie do przedstawienia. Publiczność zobaczy efekt końcowy, ale nie zobaczy prób, poprawek, nerwowego spoglądania na zegarek i tego momentu tuż przed rozpoczęciem, kiedy człowiek jeszcze raz sprawdza, czy na pewno wszystko jest na swoim miejscu.
Tyle że w tym przypadku przedstawienie nie jest dla nas.
Jest dla ludzi.
Dla tych, którzy przychodzą pobiec, pobiec z nami, przejść trasę, spotkać się z innymi, wesprzeć ideę albo po prostu być tego dnia razem.
I chyba właśnie dlatego te wszystkie przygotowania mają sens.
Bo Race for the Cure to nie jest tylko ten jeden dzień.
To wszystko, co dzieje się przed nim.
A później przychodzi ten dzień.
Zakładamy koszulki, pojawiamy się na miejscu i nagle wszystkie te tygodnie przygotowań zaczynają mieć sens.
Bo widzimy ludzi.
Uśmiechy.
Emocje.
Radość.
Wzruszenie.
I wtedy wiemy, po co to wszystko robiliśmy.
Dlatego będziemy jeszcze pisać o nagrodach, partnerach, przygotowaniach i kolejnych rzeczach, które udało nam się zrobić.
Ale postaramy się też pokazywać to, czego normalnie nie widać.
Bo za każdym „udało się” stoi mnóstwo pracy.
A za każdą przygotowaną rzeczą stoją ludzie, którym po prostu zależy.
I chyba właśnie o tym chcemy opowiadać najbardziej.
Bo pomaganie zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu Race for the Cure. ❤️
A skoro już jesteśmy przy przygotowaniach…
Do startu zostało już naprawdę niewiele.
I coś mi mówi, że najbliższe tygodnie będą jeszcze baaardzo ciekawe. 😉



Komentarze
Prześlij komentarz