Cierpliwość... wersja 2.0...
Pisałem ostatnio, że cierpliwość to decyzja powtarzana codziennie.
I wiecie co?
Wtedy tylko tak myślałem.
Dziś już to wiem.
Bo dzieje się coś, co jeszcze niedawno wydawało się podejrzane…
Biegam regularnie. TAK. Regularnie.
Trzy razy w tygodniu. Od półtora miesiąca.
Kto mnie zna, ten wie – to już nie jest przypadek. To jest system 😂
I co? I dużo.
Są pierwsze efekty. Jest więcej chęci. Żeby nie było, nie jest jeszcze idealnie.
Ale najlepsze jest to, że zmieniły się… rozmowy z samym sobą.
Bo ja – jak wiadomo – mam w głowie dwóch lokatorów.
Pierwszy:
„Dawaj, biegniemy. Będzie fajnie. Co się może stać?” No ok, ale może najpierw się przygotujemy? "No co Ty, po co? Spontan, jest najlepszy" No i czasem biegaliśmy razem.
No i wtedy odpalał się TEN drugi:
"Hej, hej, wstrzymaj konie. Dlaczego to robisz? Sobie i mi? Ktoś Ci za to płaci? Daj spokój. Jutro będziesz cały obolały, będziesz stękał. Ja Ci nie pomogę" A dla wzmocnienia przekazu padało trochę niecenzuralnych słów :)
A teraz?
Ten pierwszy nadal mówi w podobnym tonie :)
Ale u drugiego jest totalna zmiana frontu. Niby ten sam, ale jakby po jakimś szkoleniu motywacyjnym.
Bo kiedy zaczynam zwalniać, słyszę:
„Jak już biegniesz – to biegnij porządnie.”
„Stać Cię na więcej.”
„Nie kombinuj. Zepnij dupę i leć"
I najlepsze?
Ja go słucham.
Efekt?
Ostatni Parkrun.
Bez fajerwerków. Bez wielkich przygotowań.
Po prostu robota zrobiła swoje.
I jest – życiówka na 5 km.
I nagle okazuje się, że ten cały „efekt śnieżnej kuli” to nie jest hasło z internetu.
To się naprawdę dzieje.
Bo kiedy przestajesz walczyć ze sobą, a zaczynasz grać do jednej bramki…
to zaczyna się robić ciekawie.
Czy czas jest najważniejszy?
Nie.
Najważniejsze jest to uczucie, kiedy robisz krok dalej niż wczoraj.
Kiedy przełamujesz swoje „nie chce mi się”.
Kiedy robisz coś dla siebie.
Dla zdrowia.
Dla głowy.
Dla przyszłości.
Dla tych wszystkich chwil, które jeszcze przed nami – z rodziną, aktywnie, razem.
I jest jeszcze jeden efekt uboczny.
Chcesz o tym gadać.
Chcesz się tym dzielić.
Chcesz tym zarażać.
I właśnie dlatego robimy to, co robimy.
Bo bieganie to nie tylko kilometry. To energia, która idzie dalej.
A Race for the Cure, to nie tylko bieg.
To ludzie.
To historie.
To wsparcie.
To impuls, od którego może się zacząć czyjaś własna zmiana.
Może właśnie od jednego biegu.
Od jednej decyzji.
Od jednego „dobra, spróbuję”.
I wtedy… zaczyna się kula.
Do zobaczenia na trasie 💗



Komentarze
Prześlij komentarz