Sobota przed biegiem...
W końcu nadchodzi ten dzień. Sobota przed biegiem.
Ostatni etap przygotowań do Race for the Cure.
Ten dzień, kiedy wszystko, co planowaliśmy przez tygodnie, zaczyna nabierać realnych kształtów.
Rozkładamy namioty. Ustawiamy sprzęt. Sprawdzamy, czy wszystko działa tak, jak powinno. To taki nasz mały test generalny.
Z jednej strony jest satysfakcja.
Bo wszystko poszło zgodnie z planem.
Bo udało się dogadać z partnerami.
Bo ludzie dopisali.
Bo naprawdę dużo już za nami.
Ale z drugiej strony…
Zawsze pojawia się ta myśl:
„A co jeśli o czymś zapomnieliśmy?”
„Czy na pewno wszystko mamy?”
„Czy coś jeszcze mogliśmy zrobić lepiej?”
To chyba normalne. Zawsze można coś poprawić, coś dodać, coś zrobić inaczej.
I jeszcze jedna rzecz, o której myśli każdy z nas.
Pogoda.
Ale tutaj mam jedną obserwację.
Odkąd pamiętam, odkąd pomagam przy tym wydarzeniu — nieważne czy to była inna lokalizacja, inne miasto, inny rok — pogoda zawsze była.
Piękna. Słoneczna. Z bezchmurnym niebem.
I jakoś tak wierzę, że w tym roku będzie dokładnie tak samo.
Ale sobota przed biegiem to nie tylko przygotowania.
To też moment, kiedy zwalniamy na chwilę.
Rozmowy przy rozkładaniu namiotów.
Śmiech przy ustawianiu sprzętu.
Historie, które nagle wychodzą „między namiotami”.
To jest czas, kiedy zaczynamy poznawać się trochę lepiej.
Nie tylko jako współpracownicy.
Ale jako ludzie.
Czasem ktoś opowie coś o sobie.
Czasem poznasz kogoś zupełnie nowego.
Czasem okaże się, że ktoś, kogo widzisz codziennie, ma historię, której wcześniej nie znałeś.
I właśnie dlatego ten dzień jest tak ważny.
Bo to nie jest tylko przygotowanie strefy.
To jest przygotowanie czegoś więcej.
Atmosfery.
Energii.
Miejsca, do którego jutro przyjdą ludzie.
A jutro? Jutro będzie niedziela. Ta NIEDZIELA
Jutro już nie będzie czasu na zastanawianie się, czy wszystko jest idealnie.
Jutro po prostu będziemy tam.
Razem.
I to wystarczy.
A potem było tak... link



Komentarze
Prześlij komentarz